Informacje

 
Alkohol w górach. Na ile promili możemy sobie pozwolić?
Sklep Podróżnika, 05.02.2016 | 13:27
fot. Tracy J. Anderson/Shutterstock
Przykre konsekwencje nadmiernego spożycia alkoholu dotyczą nie tylko ruchu drogowego, lecz także gór – wystarczy wspomnieć choćby (dość częste niestety) wypadki spowodowane przez narciarzy, którzy pozwolili sobie na zbyt dużą ilość „prądu” w góralskiej herbatce. W Niemczech i Francji przy każdym górskim wypadku rutynowo sprawdza się, czy jego przyczyną nie był alkohol (także wtedy, kiedy nie zachodzi takie podejrzenie), a ustalenia skrupulatnie odnotowuje się w aktach.

W Rätikonie

Wielu mężczyzn, kiedy uda im się chociaż na kilka godzin wyrwać spod damskiego pantofla i wyruszyć w góry, zdecydowanie przesadza w celebrowaniu wolności, za co czasem przychodzi im potem słono zapłacić. Pewien niemiecki alpinista podchodził samotnie szlakiem prowadzącym znad jeziora Lünersee w dolinie Brandnertal (Rätikon) przez schronisko Lindauer Hütte do miejscowości Schruns-Tschagguns w regionie Montafon, gdzie o szóstej wieczorem miał się spotkać z żoną. Kiedy nie dotarł na umówione miejsce do dziewiątej, zaniepokojona kobieta zawiadomiła służby ratownicze. W błyskawicznie rozpoczętej akcji poszukiwawczej wzięło udział aż 33 ratowników. Jednak na próżno szukali zaginionego w górach. Mężczyznę odnalazł zupełnie przypadkiem patrol górskiej żandarmerii – bardzo blisko miejsca, w którym umówił się z żoną. Tyle że nie w hotelu, a w knajpie – siedział kompletnie pijany nad kolejnym kuflem piwa.

W grupie Tannheimer Berge Kiedy pijemy alkohol w towarzystwie ukochanej osoby, znacznie łatwiej przekraczamy różne granice – warto o tym pamiętać, jeśli chcemy uniknąć wstydu. W lipcu 1997 roku para zakochanych około czterdziestki wybrała się na wędrówkę w okolice hali Gehrenalm, szlakiem, którego przejście zajmuje zwykle nie więcej niż pięć godzin. Kiedy do dziesiątej wieczorem nie wrócili do kwatery, zaniepokojeni gospodarze wezwali górskie pogotowie. Tym razem w poszukiwaniach uczestniczyło 35 osób. Zaginionych odnaleziono dość szybko, bo tuż po północy – w stodole, mocno pijanych i złączonych w miłosnym uścisku.

W schronisku

Atmosfera położonych z dala od zgiełku dnia codziennego górskich schronisk sprzyja oddawaniu się takim przyjemnościom, jak sączenie alkoholu oraz – i to nierzadko – przesadzaniu z tą przyjemnością. To ostatnie ma miejsce zwłaszcza wtedy, kiedy przy stole zasiada większa grupa przyjaciół. W takiej sytuacji pojawia się element rywalizacji – choćby i w tym, kto ma mocniejszą głowę.

W sierpniu 1983 roku kilku młodych Niemców ze Szwabii rozkoszowało się zdrowym górskim powietrzem, pięknymi widokami i własnym wesołym towarzystwem w schronisku Kemptener Naturfreundehaus w Alpach Algawskich. A w takiej sytuacji, wiadomo – nie ma to, jak szklanica piwa. Przyjaciele opróżniali kolejne kufle na tyle szybko, że już o dziewiątej wieczorem musieli odprowadzić jednego z kolegów do łóżka. Pozostali najwyraźniej nie chcieli być gorsi. W każdym razie sądząc po liczbie pustych butelek, robili wszystko, żeby się jak najszybciej doprowadzić do podobnego stanu. I tylko zupełnym alkoholowym zamroczeniem można wyjaśnić fakt, że kładąc się spać, nie zauważyli braku kolegi – tego, który upił się jako pierwszy. Nie zwrócili na to uwagi także rano, kiedy wygrzebywali się z łóżek. Zorientowali się dopiero przy śniadaniu. Wciąż jednak nie wróciła im jeszcze jasność myślenia i zamiast samodzielnie przeszukać najbliższe otoczenie schroniska, od razu wezwali górskie pogotowie. Ratownicy wyruszyli na poszukiwania z psem lawinowym. Nie szukali długo – mężczyzna leżał praktycznie tuż za schroniskiem. Niestety już nie żył. Prawdopodobnie wyszedł w nocy za potrzebą (znaleziono go z rozpiętym rozporkiem), ale pijany stracił równowagę i stoczył się w dół po łagodnym zboczu. Wezwany na miejsce lekarz wykluczył, by przyczyna jego śmierci miała coś wspólnego z odniesionymi podczas upadku obrażeniami. Mężczyzna zmarł wskutek wychłodzenia organizmu. Gdyby koledzy zauważyli jego zniknięcie zanim poszli spać, prawdopodobnie by przeżył.

Więcej szczęścia miał niemiecki turysta, który wyraźnie wstawiony, wędrował z grupką znajomych po Alpach Sztubajskich. Kiedy schodzili z hali Falbesoner Alm, mężczyzna stracił równowagę i spadł z wąskiej ścieżki około 200 metrów w dół, pociągając za sobą równie pijanego kolegę, który próbował go ratować. Pozostali członkowie wyprawy (wszyscy przesadzili z alkoholem), potracili głowy – o ile w wypadku pijanych osób można użyć tego określenia. Na szczęście nie na tyle, żeby nie być w stanie powiadomić służb ratowniczych. Obydwaj poszkodowani odnieśli ciężkie obrażenia (których zresztą – za sprawą nadmiernej ilości alkoholu we krwi – nie potraktowali poważnie).

Jesienią 1997 roku pijany turysta spadł ze ścieżki biegnącej stromym leśnym zboczem od prywatnego schroniska położonego w dolinie Gotzental w Alpach Berchtesgadeńskich. Stoczył się 100 metrów w dół i zginął na miejscu. Także i w tym wypadku stężenie alkoholu we krwi musiało być bardzo duże – żeby spaść z leśnej ścieżki, trzeba mieć naprawdę mocno zaburzone poczucie równowagi.

Pewnego jesiennego wieczoru 1999 roku czterech turystów grało w karty w schronisku Landsberger Hütte (region Außerfern), racząc się przy tym obficie alkoholem. Następnego ranka jednego z nich znaleziono martwego, 150 metrów poniżej schroniska. Prawdopodobnie spadł, kiedy wyszedł w nocy za potrzebą. U zmarłego stwierdzono bardzo wysokie stężenie alkoholu we krwi.

W zasadzie identyczny wypadek miał miejsce w 1997 roku w jednym ze schronisk w Alpach Algawskich. Na podstawie miejsca, w którym znaleziono denata, można przypuszczać, że wypadł przez barierki zabezpieczające teren schroniska. Nie dało się jednak ustalić, czy wyszedł z chaty za potrzebą, czy jedynie zaczerpnąć świeżego powietrza. Ofiary upadków z dużej wysokości znajduje się bowiem zwykle z częściowo zdartym ubraniem, na ogół również bez butów.

Ile promili?

Inaczej niż w ruchu drogowym, w górach na razie nie ma ograniczeń określających dopuszczalną ilość alkoholu we krwi. Jeżeli jednak pijani spowodujemy w górach wypadek, na przykład podczas zjazdu na nartach, grozi nam – jak mówi Robert Wallner z prokuratury w Innsbrucku – wyrok w postępowaniu karnym, ze względu na „szczególnie niebezpieczne zachowanie”. Dodaje również, że za wypadek ze skutkami w postaci obrażenia ciała, sprawcy grozi wyższa kara, jeśli go spowodował po pijanemu – do dwóch lat pozbawienia wolności (z reguły w zawieszeniu). Poniżej jedna z wielu podobnych historii.

W kwietniu 1996 roku, w St. Anton, niedaleko stacji jednej z kolejek linowych, młody holenderski narciarz potrącił pieszego turystę. Ponieważ, jak stwierdzono, sprawca wypadku miał we krwi 0,96 promila alkoholu, został skazany przez Wyższy Sąd Krajowy w Innsbrucku na karę grzywny w wysokości 240 dniówek za spowodowanie obrażeń ciała w wyniku szczególnie niebezpiecznego zachowania. W uzasadnieniu wyroku podano, że w związku z wysokim stężeniem alkoholu we krwi, u narciarza „w sposób obiektywnie nieuzasadniony wzrosła pewność siebie, pozbawiając go jakichkolwiek hamulców, wydłużył się czas reakcji, jak również zmniejszyła zdolność koncentracji i panowania nad własnym ciałem”. Do kary grzywny doszły jeszcze wysokie roszczenia odszkodowawcze poszkodowanego, znanego pianisty koncertowego. Wskutek niezawinionego przez siebie zderzenia muzyk doznał bowiem skomplikowanego złamania przedramienia, po którym z dużym prawdopodobieństwem miał już nigdy nie odzyskać poprzedniej sprawności palców. Jest to o tyle warte podkreślenia, że ubezpieczyciele na ogół odmawiają pokrywania kosztów wypadków spowodowanych przez osoby będące pod wpływem alkoholu. Tak jest na przykład w wypadku ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej oferowanego przez DAV, jak również w razie polis oferowanych przez Austriackie Towarzystwo Alpejskie. Ubezpieczyciel obsługujący DAV, zapytany o ten konkretny wypadek, stwierdził, że zaklasyfikowałby go jako spowodowany w wyniku rażącej nieostrożności, co zwolniłoby go z obowiązku wypłaty świadczeń (podobnie byłoby w wypadku jazdy na nartach pod wpływem narkotyków).

Pewien młody mężczyzna pochodzący z Zagłębia Ruhry odpadł od ściany na jednej z dróg wspinaczkowych w Górach Połabskich i doznał porażenia poprzecznego. W dwie godziny po wypadku sprawdzono u niego poziom alkoholu we krwi – wciąż wynosił on aż 2,67 promila. Ponieważ towarzystwo ubezpieczeniowe, w którym miał wykupioną polisę nie wypłaciło mu pełnej sumy ubezpieczenia, mężczyzna wniósł przeciwko ubezpieczycielowi skargę do sądu. Najpierw wystąpił jednak o zwolnienie z kosztów procesowych. Wyższy Sąd Krajowy w Kolonii odrzucił jednak wniosek, podając w uzasadnieniu, że przy tak wysokim stężeniu alkoholu we krwi mógł wystąpić stan zaburzenia świadomości. Reakcja i zdolność koncentracji były poważnie ograniczone, co z dużym prawdopodobieństwem przyczyniło się do wypadku.

Nocowanie w niszach skalnych

W Górach Połabskich popularne jest biwakowanie w naturalnych skalnych wnękach, przy czym wiele osób traktuje nocleg w tak niecodziennych okolicznościach przyrody jako okazję do wypitki. A ponieważ wnęki te z reguły znajdują się na sporych wysokościach, liczba osób, które wychodząc w nocy na rauszu za potrzebą, robi o krok za daleko i spada w dół, jest w tym rejonie chyba największa na świecie. Saksońscy ratownicy znają tego rodzaju sytuacje aż za dobrze. Tyle dobrego, że jeśli dzięki działaniu alkoholu ofiary wypadków są wystarczająco „zrelaksowane”, mogą spokojnie przeżyć taki upadek. Rekord należy do wspinacza, który spadł z wysokości 70 metrów.

Zaginiona babcia

W jednym z miast Górnej Bawarii grupa młodych, doświadczonych narciarzy świętowała hucznie, aż do późnej nocy. Alkohol lał się strumieniami. Uczestnicy zakrapianej imprezy umówili się, że pierwsza osoba, która będzie miała dosyć trunków, będzie musiała za karę zjechać po schodach w pełnym narciarskim rynsztunku. W którymś momencie jeden z młodzieńców był już tak bardzo wstawiony, że powiedział sobie „stop” i zgodnie z umową wyszedł z nartami na klatkę schodową i poszusował w dół. Hałas zaniepokoił starszą panią, która mieszkała na pierwszym piętrze. Kiedy otworzyła drzwi mieszkania i zobaczyła zjeżdżającego po schodach narciarza – zemdlała ze strachu. Przestraszeni młodzieńcy wezwali pogotowie, które zabrało nieprzytomną kobietę do szpitala. Następnego ranka wyrzuty sumienia skierowały imprezowiczów do najbliższej szpitalnej izby przyjęć – obawiali się, że staruszka mogła nie przeżyć szoku. W szpitalu dowiedzieli się jednak, że poprzedniej nocy pogotowie nikogo nie przywiozło. I co teraz? Gdzie znikła babcia? Okazało się, że trafiła do zakładu dla nerwowo chorych. Dlaczego? Jeszcze w drodze do szpitala kobieta doszła do siebie i zapytana przez ratowników, co się stało, odpowiedziała, że widziała „prawdziwego narciarza, w kasku, kombinezonie, z nartami i kijkami, zjeżdżającego po schodach”. Niewiele myśląc, ekipa ratunkowa zmieniła więc cel podróży i zawiozła babcię na oddział psychiatryczny.

Autor: Pit Schubert, "Bezpieczeństwo i ryzyko w skale i lodzie. Tom 2"

Polecamy przewodnik "Bezpieczeństwo i ryzyko w skale i lodzie. Tom 2" wydawnictwa Sklep Podróżnika

Oceń wiadomość

Oceń wiadomość:
0
1
2
3
4
5
Średnia ocena: 70

Opinie: 0 dodaj swoją opinię

Ten materiał nie ma jeszcze opinii. Masz okazję by Twój głos pojawił sie tutaj jako
pierwszy! Nie czekaj - dodaj swoją opinię!

Nick:*
E-mail:
Tytuł:*
Treść:*
Przepisz tekst z obrazka: *

Dodana opinia pojawi się na liście za kilka minut